Ukryte skarby archeologii

W pewnym sensie są dwie archeologie. Pierwsza, którą można nazwać naukową, prowadzi badania w pieczołowicie wybranych wyjątkowych miejscach dających duże szanse na najciekawsze odkrycia i najdonioślejsze naukowo ustalenia. Druga archeologia, którą można nazwać zawodową, zajmuje się realizowaniem zleceń wynikających z nałożonych na inwestorów obowiązków badań archeologicznych, jeśli prowadzone inwestycje (np. budowa osiedla mieszkaniowego, autostrady) naruszają warstwy ziemi zawierające zabytki.

Niegdyś istniała w zasadzie tylko archeologia naukowa. Jednak coraz częstsze przypadki niszczenia stanowisk archeologicznych podczas różnych inwestycji doprowadziły z czasem do obciążenia inwestorów obowiązkiem badań archeologicznych. A to spowodowało pojawienie się firm, które prowadziły badania archeologiczne nie dla odkryć i naukowych laurów, ale po prostu dla pieniędzy, tak jak przy inwestycjach pracują dla pieniędzy murarze, inżynierowie, zbrojarze i inni specjaliści.

W „Nature” ukazał się właśnie artykuł poświęcony archeologii zawodowej i jej znaczeniu. Jak się okazuje już ponad 90 proc. badań archeologicznych prowadzonych w Wielkiej Brytanii to dzieło archeologów zawodowych. Tymczasem dostęp do informacji o wynikach tych badań jest bardzo utrudniony. Niezwykle często nie są one nigdzie publikowane i raporty z badań leżą zapomniane w siedzibach firm albo urzędach lokalnych władz.

Tymczasem zawierają one wiele bezcennych dla archeologów-naukowców danych. Przekonał się o tym prof. Richard Bradley z Uniwersytetu Reading, gdy zbierał materiały do książki o prehistorii Brytanii. Przekopując się przez raporty z wykopalisk, do których udało mu się dotrzeć, przekonał się, że wiedza uniwersytecka na temat epoki brązu w Wielkiej Brytanii jest kompletnie błędna.

W oparciu o badania archeologii naukowej uznano swego czasu, że w epoce brązu nastąpił w Brytanii znaczący spadek liczby ludności. Tymczasem zazwyczaj niepublikowane, a tym samym trudno dostępne, raporty archeologów zawodowych kryły informacje o wielkiej liczbie osad z tamtego okresu, które jasno świadczą o tym, że żadnego spadku nie było.

Często badania zawodowe dostarczają też wielu informacji, których prawie w ogóle nie ma w materiale z badań archeologii naukowej. Do badań naukowych dobierane są wyjątkowo ciekawe i interesujące miejsca. W praktyce badań nad rzymską Brytanią były to często wille, obozy i fragmenty miast. Tymczasem zawodowi archeolodzy kopią tam, gdzie są inwestycje. W efekcie nierzadko natykali się na pozostałości zwykłych wiosek z czasów rzymskich. Jednostkowo takie stanowiska archeologiczne nie mają szans dostarczyć tak fascynujących znalezisk, jak miejsca celowo dobierane przez archeologów naukowych. Jednak zgromadzone wyniki badań wielu takich miejsc ukazały naukowcom rzymską Brytanię, której dotąd nie znali. Jest to Brytania tubylczej ludności, żyjącej na wsiach w takich samych domach, w jakich mieszkali jej przodkowie przed przybyciem Rzymian, ale używającej na co dzień wielu wyrobów rzymskiego pochodzenia.

Jak czytamy w „Nature”, coraz więcej archeologów-naukowców zamiast kopać w ziemi zaczyna kopać w ogromnych stosach raportów z badań archeologów zawodowych. I jak widać dokonują tam wielu odkryć, które znacząco zmieniają dotychczasową wiedzę.

Podejmowane są również wysiłki, które mają ułatwić dostęp do raportów z badań zawodowych archeologów.

Dużo więcej w obszernym tekście w Nature. Myślę, że dla wielu archeologów będzie to bardzo ciekawa lektura, gdyż sytuacja w Polsce staje się dość podobna.

~ - autor: Wojciech Pastuszka w dniu 8.04.2010.

komentarzy 20 to “Ukryte skarby archeologii”

  1. Taka notka, wyjaśniajaca laikom zależność między dwoma typami archeologii, była potrzebna. Dzięki!

  2. Czy u nas archeologia zawodowa nie jest czasem nazywana archeologią ratunkową?

  3. Gdyby możnaby korzystać ze specjalnego programu, dostępnego w internecie wyłącznie dla firm trudniącym się taką właśnie archeologią, gdzie wypełniając odpowiednie pola miałoby się dostęp do najistotniejszych informacji o stanowisku, praca byłaby dużo łatwiejsza…

    • Próbą takiego rozwiązania w Polsce była baza danych e-archeo, którą administrował Ośrodek Ochrony Dziedzictwa Archeologicznego (tzw. OODA). Ponieważ u nas trwałość instytucji publicznych jest zdecydowanie mniejsza niż na Wyspach, po pewnych perturbacjach OODA została zlikwidowana, a baza przekazana do KOBIDZ. Obecnie baza daleka jest od aktualności.
      Sytuacja u nas jest mimo wszystko nieco inna niż w opisywanym artykule w Nature. Tam ponoć sprawozdania z badań były w dyspozycji inwestorów, więc dostęp do nich był ograniczony. U nas generalnie kopie sprawozdań powinny znaleźć się w lokalnym biurze konserwatora wojewódzkiego zabytków i każdy zainteresowany (przynajmniej teoretycznie) powinien mieć do nich dostęp.
      Idealnym rozwiązaniem powinno być skonstruowanie internetowej bazy danych, podpiętej do GIS: w ten sposób informacje opisowe byłyby związane z danymi przestrzennymi (mapy GIS) oraz dokumentacją rysunkową i fotograficzną. No ale do tego konieczne byłoby ustalenie pewnych standardów i jak znam życie różnie by to wyglądało. Standardem powinny być wolne (niewłasnościowe) formaty zarówno dla grafiki, jak i danych alfanumerycznych.

  4. Mnie ciekawi, czym się różnią te dwie grupy kopaczy,chodzi mi generalnie o to, czemu ci zawodowi nie publikują, to są jacyś amatorzy,ludzie tylko po kursach? co powoduje ich odmienność w tym, że np nie publikują swoich wyników? To że robią to dla pieniędzy nie powinno ich ograniczać.

    • Wykształcenie jest wymogiem ustawowym. Jeśli nie publikują to dlatego, że nikt nie daje im na to pieniędzy.
      Nie ma co się oszukiwać. Ci pracujący na Uniwersytetach, czy Muzeach też niekiedy nie publikują, choć teoretycznie powinno być im łatwiej.

      • Co prawda nigdy mi nie przyjdzie do głowy doktoryzowanie się. ale jeśli dobrze wiem, pewna ilość publikacji jest niezbędna w jego trakcie? A jeśli tak, to czemu państwo miałoby finansować czyjąś ścieżkę naukową? Ta sfera nie jest mi zbyt dobrze znana… i nie przeczę, w przypadku co lepszych naukowców powinno istnieć wsparcie od państwa jak najbardziej.

        • >>Co prawda nigdy mi nie przyjdzie do głowy doktoryzowanie się. ale jeśli dobrze wiem, pewna ilość publikacji jest niezbędna w jego trakcie?

          ale nie za dużo. U nas na studium doktoranckim trzeba mieć ledwie 2 publikacje naukowe i parę prezentacji (oral lub poster) na konferencji.

          >>A jeśli tak, to czemu państwo miałoby finansować czyjąś ścieżkę naukową?

          państwo finansuje badania naukowe, nie czyjąś ścieżkę. Integralną częścią badań naukowych jest publikacja ich wyników, w myśl zasady, że informacja nieopublikowana nie istnieje.

          @gunther, tobie o finansowanie książek chodzi? Bo publikowanie w czasopismach w większości (choć nie we wszystkich) jest za darmo.

          • @eptesicus
            Publikacja wyników badań w czasopiśmie to raczej rodzaj zajawki. Ograniczona ilość miejsca powoduje, że zwykle nie sposób zamieścić w takiej publikacji nawet minimalnego zasobu dokumentacji i opisać wszystkie odkrywane struktury. W czasopismach więc można skupić się na wybranych, subiektywnie najciekawszych elementach, lub zaprezentować ogólne wnioski. Badania ratownicze są często rozległe, odkrywane są setki zespołów, z tysiącami źródeł ruchomych. Do tego niezbędna jest książka. A z finansowaniem książek bywa różnie.
            Inna rzecz – przygotowanie książki wymaga czasu. Do sprawozdania można przygotować wstępne opracowanie np. ceramiki. Do publikacji wypadałoby głębszą analizę. W tym czasie archeolog kontraktowy nadal musi wyżywić siebie, a często także rodzinę. A przecież on nie ma stałego źródła dochodu – żyje z nieregularnie zdobywanych zleceń.
            Co do nazwy – sądzę, że najlepiej by brzmiało „archeologia komercyjna”. Fakt, że ta uniwersytecka też zawodowa, a niekiedy także ratownicza (nasze badania w Ostrowitym też są ratownicze – stanowisko jest systematycznie niszczone – tylko, ze nie ma komu za to płacić, bo nikt tam nie buduje autostrady, ratujemy za „wydarte” fundusze uniwersyteckie).

    • >>Mnie ciekawi, czym się różnią te dwie grupy kopaczy,chodzi mi generalnie o to, czemu ci zawodowi nie publikują, to są jacyś amatorzy,ludzie tylko po kursach? co powoduje ich odmienność w tym, że np nie publikują swoich wyników? To że robią to dla pieniędzy nie powinno ich ograniczać.

      po pierwsze to zła nazwa. Zawodowa – to znaczy, że ktoś dostaje za to pieniądze, jest to jego zawodem. Archeolog-naukowiec, pracujący na uniwersytecie czy w instytucie też jest archeologiem „zawodowym”, też za prowadzenie badań dostaje pieniądze, pensję akademicką.

      nazwa „archeologia ratunkowa” jest chyba znacznie lepsza (bo nie sugeruje, że ta naukowa nie jest zawodowa) ale nie wiem jak to się formalnie w półświatku nazywa

      po drugie – i jedni i drudzy są ludźmi z takim samym wykształceniem wyższym z zakresu archeologii.

      po trzecie – dlaczego nie publikują? Bo ich to nie interesuje, nie mają wymogu ustawowego (muszą tylko oddać sprawozdanie dla konserwatora i inwestora), a pracują dla pieniędzy, choć pewnie i dla przyjemności (skoro wybrali ten zawód), ale ich przyjemność nie obejmuje publikowania. Archeolog-naukowiec na uczelni musi publikować, bo go wywalą z roboty (przynajmniej w teorii). Archeolog mający firmę robiącą na autostradach (czy przez nią zatrudniony) – nie musi, nie za to mu płacą. To są dwie różne ścieżki rozwoju zawodowego dla ludzi z takim samym wykształceniem.

  5. Może ja się w tym miejscu wypowiem jako właśnie „archeolog zawodowy”. W Polsce to wygląda tak: Przetarg na badania autostradowe wygrywa konsorcjum (przetargi są tak obwarowane że tylko konsorcja je wygrywają). Ponieważ cena za przebadany ar jest zależna od tego czy jest on „pusty”, posiada obiekty czy wręcz warstwy archeologiczne więc z wykrotów, luźnych skorup i niejasnych plam tworzy się obiekty co by grosik był większy. Konserwator zabytków bierze więc okoliczne wioski w strefę OZ czyli obserwacji archeologicznej. Potem jakiś biedny, zakredytowany po uszy człowiek chce wybudować wymarzony dom i dowiaduje się że jeszcze 1500zł musi wydać na archeologa, który de facto nie jest tam wcale potrzebny.
    Inna sytuacja. Deweloper stawia osiedle domków 25km od większego miasta. Nadzór arch ma trwać 6 miesięcy. Żeby go wygrać trzeba zaoferować tak niską cenę że nawet na paliwo nie wystarczy na codzienne dojazdy. Więc się tam nie jeździ i jest to normalną praktyką. Kilka zdjęć na koniec, sprawozdanie do konserwatora że zabytków i obiektów niet. Inwestor stracił pieniądze, nauka nie skorzystała a nieuczciwych archeologów nie można nawet ukarać. Nie ma przepisów które by im zabroniły wykonywać zawód albo ograniczały możliwość startowania w przetargach. Efekt jest taki że trzeba się albo zeszmacić albo się wspomagać dodatkową działalnością. Pozdrawiam

  6. Świetny tekst, ile korzyści dla nauki będzie w przyszłości z takich opisanych i skatalogowanych już stanowisk. Chyba w każdej dziedzinie wiedzy tak jest, że są chwile, kiedy nikt nie panuje nad przyrostem danych i nie ma syntezy.

    Wielka szkoda, jeśli w Polsce wygląda to tak, jak pisze Witek. Mam nadzieję, że mimo wszystko nie wszędzie.

    • Bywa różnie. Są stanowiska wartościowe i dobrze badane, ale bywa i tak, jak we wpisie Witka.
      Problemów jest kilka:
      1. Polityka edukacyjna, w której za studentem podążają pieniądze sprawiła, że mamy obecnie nadprodukcję absolwentów archeologii. Każdego roku uniwersytety posyłają w świat kilka setek młodych archeologów. Część z nich chce znaleźć dla siebie miejsce na rynku pracy. Są zdesperowani i szukają czegokolwiek, więc często godzą się na minimalne stawki za badania, nie pokrywające realnych kosztów. Ich starsi koledzy w tej sytuacji też obniżają stawki. W ten sposób wiele tzw. nadzorów, a nawet badań stacjonarnych to ściema.
      2. System rozliczania prac autostradowych opiera się na tzw. modyfikatorach. Generalnie w praktyce wygląda to tak, że im więcej tzw. obiektów archeologicznych i im trudniejszy teren (np. gliniaste podłoże) tym więcej płacą. Problem zaczyna się wtedy, gdy stanowisko jest zbyt ciekawe i wymagające. Najlepsze są takie, w których mamy setki jamek o nieznanej proweniencji (często właśnie wykrotów po drzewach), ale niezbyt wymagających w sensie eksploracji. Robi się szybko, a zysk spory.
      3. Oczywiście inny system nie załatwił by sprawy. Gdyby płacono po prostu ryczałtem za powierzchnię badań, na pewno zdarzyliby się tacy, którzy w tej sytuacji nic by nie znaleźli (wystarczy „nieco głębiej” odhumusować powierzchnię), a później zainkasowali kasę. Dziwiliby się jeszcze rzetelniejszym kolegom, że cokolwiek w ogóle robią. Niestety etyka w środowisku leży (przepraszam tych, nadal licznych uczciwych, których obrażam generalizowaniem).
      4. Służby konserwatorskie są niewydolne. To nie jest często wina samych konserwatorów. Po prostu, jak się ma do ochrony teren odpowiadający mniej więcej dawnemu województwu (sprzed reformy), a do dyspozycji jest jeden konserwator archeologiczny, któremu szef daje służbowy samochód raz w tygodniu, któremu niekiedy zleca się dodatkowe obowiązki (np. tzw. wywozy – znam takie sytuacje, w których konserwator dwa razy w tygodniu musiał podpisywać papierki, żeby np. młoda skrzypaczka mogła pojechać na koncert do Niemiec, ze skrzypcami wyprodukowanymi przed 1945 r.), to efektem musi być niewydolność. Jeśli jeszcze uwzględnimy fakt, że przedsiębiorcy miewają znajomych polityków, a ci politycy kolegów w Warszawie, to nic dziwnego, że niekiedy konserwator zbyt rygorystycznie podejdzie do problemu budowy szamba przez chłopa, a odpuści sobie budowę centrum spedycji na stanowisku archeologicznym (wylatywali już „nadgorliwi” konserwatorzy z pracy). Odpuści też sobie walkę z księdzem prowadzącym prace ziemne w kościele, bo ksiądz zna kogoś w kurii, a zwierzchnicy (wszystko jedno czy z prawa, czy z lewa) muszą z kurią żyć w zgodzie.
      I tak się rozpisałem i sobie narzekam… na szczęście są ludzie, którzy są jasnymi światełkami. Oby takich jak najwięcej. Są tacy, którzy potrafią z własnej kieszeni (z pieniędzy zaoszczędzonych na poprzednich zleceniach) dokładać do badań na szczególnie interesujących stanowiskach, którzy publikują choć nie muszą, a jeśli nawet nie publikują, to przygotowują bardzo rzetelne i wartościowe sprawozdania w maszynopisach. Takich, co to za psie pieniądze walczą o zachowanie dziedzictwa archeologicznego. I tych trzeba doceniać.

      • 1. Polityka edukacyjna, w której za studentem podążają pieniądze sprawiła, że mamy obecnie nadprodukcję absolwentów archeologii. Każdego roku uniwersytety posyłają w świat kilka setek młodych archeologów. Część z nich chce znaleźć dla siebie miejsce na rynku pracy. Są zdesperowani i szukają czegokolwiek, więc często godzą się na minimalne stawki za badania, nie pokrywające realnych kosztów. Ich starsi koledzy w tej sytuacji też obniżają stawki. W ten sposób wiele tzw. nadzorów, a nawet badań stacjonarnych to ściema.
        To nie jest tylko problem archeologii ale też innych kierunków, niestety przepycha się matołów po to aby dostac subwencje z ministerstwa. Poziom takich „absolwentów” jest taki, że nie mają pojęcia o zupełnych podstawach ale sa konkurencją dla tych „normalnych” i tak koło się zamyka a degrengolada postępuje.
        Potem się słyszy, że archeologowie to nieroby, geografowie pijacy itp.

  7. może moje stanowisko wyda się wielu radykalne, ale uważam, że publikacje w czasopismach w epoce internetu są w rezultacie przestarzałe. Najważniejsze, żeby wyniki udostępniać innym w sposób otwarty – dodatkowe etapy nie są ważne. Weryfikacja wartości danej publikacji będzie wtedy pochodną zainteresowania nią innych osób, wykorzystania uzyskanych wyników, inspiracji etc. Jak rozumiem wymienieni w notce Wojtka zawodowcy nie publikuja, bo publikacje nie sa im potrzebne – nie uczestnicza bowiem w naukowym wyscigu o publikacje w prestizowych periodykach – zajmuja sie czym innym po prostu. Gdyby istnial obowiazek publikacji raportow z badan ratunkowych w necie, to ich publikacje bylyby rownie dobre jak publikacje z wielu badaniach niekomercyjnych, a moglyby zostac uzyte przez innych. Przypominam ze kiedys nie bylo periodykow naukowych w nasyzm rozumieniu tego slowa a naukowcy renesansu czy baroku po prostu publikowali ksiazki, ktore kazdy mogl kupic i przeczytac. Mysle ze powoli nadchodzi czas by powrocic do tej idei. Tak byloby po prostu bardziej produktywnie – pozowliloby oszczedzic mase czasu na ciezka harowke np. „skracania” publikacji na potrzeby czasopisma. No ale moze przesadzam…

    • Pomysł świetny ale niestety nie wyobrażam sobie aby wydawcy zrezygnowali z dużych pieniędzy za dostęp do publikacji.

      • No ale to nie o to chodzi by wydawcy rezygnowali z pieniędzy za dostęp do publikacji tylko by to co tworzą archeolodzy „ratunkowi” a co w ogóle nie jest publikowane, poza sprawozdaniem dla konserwatora, do którego nikt nie dotrze, było dostępne za friko w necie. Niech to utrzymują inwestorzy od autostrad, jakiś znikomy promil od wartości każdej inwestycji wymagającej badań by na to spokojnie wystarczył, nawet pan Józek który buduje dom i musi za nic zapłacić 1500 by nie poczuł różnicy gdyby to było 1510.

  8. Teksty drukowane mają to do siebie że są dobrze przemyślane, potem wielokrotnie poddawane redakcji i produkt finalny jest najczęściej co najmniej dobrej jakości. Natomiast tekst publikowany bezpośrednio w sieci często charakteryzuje się mniej przemyślaną konstrukcją. Niewątpliwie ma on dużą przewagę nad nad tekstem drukowanym z powodu swojej aktualności; zanim zakończy się redakcja, skład, recenzje, druk itd mija sporo czasu i na półki do księgarń może trafić praca, którą już zdezaktualizowały najnowsze odkrycia. Z drugiej strony publikacje online bywają poprawiane bądź wręcz zmieniane co utrudnia powoływanie się na nie w przypisach.
    Jak widać tyle plusów co minusów :) A ja osobiście wolę się zanurzyć w fotelu z z pięknie wydaną i pachnąca książeczką.
    Pozdrawiam Wszystkich

  9. Zgadza się, jest to problem wielowątkowy, ostatnio dość często atakuje się za to firmy prywatne, ale to upraszczanie problemu, jest ) to czynione z rozmysłem i premedytacją (ostatni, marcowy list komitetu Nauk PRA i Pro…prof. Machnika) .Oczywiście wszystko rozbija się o konkurencję na rynku badawczym oraz przepisy, które nie wymagają wykonania – FINANSOWANIA publikacji z badań (oddawane jest jedynie sprawozdanie).

    Archeolog prywatny jeśli publikuje czyni to z uprzejmości wydawnictwa, albo z własnych prywatnych pieniędzy. podmioty „znacjonalizowane” ze środków budżetowych,dotacji i grantów.

    Zgodnie z KONSTYTUCJĄ oraz ustawą o ochronie i opiece nad zabytkami – Stanowisko archeologiczne to dobro kultury wspólne, a zabytki ruchome własność skarbu państwa. Po przebadaniu Państwo jednak zapomina, że dokumentacja zabytków nieruchomych oraz ruchomych nadal pozostaje tym dobrem wspólnym i państwowym, zrzucając odpowiedzialność za udostępnienie tych wartości na barki archeologów, mowa tu też o zabytkach ruchomych i zasadach przykazywania ich do muzeów i innych podmiotów wymienionych w ustawie, co także stanowi element nacisków i gry o zlecenia, przykład krakowski, gdzie powstała spółka z o.o. zatem inna instytucja która albo zabytki (należące do skarbu państwa) przyjmuje albo nie, zależy czy firma prywatna realizacje badania autostradowe w konsorcjum tą spółką czy nie -jeśli nie zabytki z małopolski jadą do innego podmiotu np. w Zielonej Górze. Jest to element perfidnej gry o podział łupów, kontrolę nad tym kto i gdzie próbują przejmować właśnie podmioty „znacjonalizowane”. Publikacje także, choć w mniejszym stopniu zaczynają stanowić element tej gry, co akurat w tym wypadku może i dobrze, bowiem prowadzi to do konsolidacji firm prywatnych i zawiązywania organizacji, które być może przejmą obowiązki Państwa wynikające z ustaw i KONSTYTUCJI.

    Nie jest to proste. Niewydolność archeologii jest systemowa. Państwu nie zależy aby archeologia stałą się wydolna, jak np. system ochrony i konserwacji dzieł sztuki albo nawet zabytków architektury. Wewnętrzne podziały i walka o zlecenia nawet poprzez wpływ na decyzje WKZtków (zatrudnianie ich, ich rodzin i podległych im urzędników na etatach u siebie)są na rękę Państwu,dla którego szybka realizacja nieudolnie prowadzonych inwestycji jest ważniejsza od archeologii. Zawsze można winę zrzucić na archeologię i prywatne firmy, które działają bardziej z pasji niż z rachunku ekonomicznego, co oczywiście ma przełożenie na zaplecze i warunki pracy i ostatecznie na poziom merytoryczny badań, do tego należy dorzucić przedpotopowe standardy badań i dokumentacji (pisał Gunther),których zmiana bynajmniej nie leży w zainteresowaniach Komitetu Pra-Pro, bo byłby to kolejny element konkurencji na rynku z którym mogliby przegrać wyścig o zlecenia z firmami prywatnymi (przykład firmy http://www.golembnik.pl ). Tymczasem MKiDN kolejnymi nowelizacjami ogranicza zakres badań i ochrony archeologicznej.

    Uff…

  10. No cóż, ST ma w sumie rację – chodzi o podział łupów, czyli te, niewielkie w sumie pieniądze w skali kraju, jakie badania archeologiczne generują dla wykonawców badań. Niestety, nie sadzę, aby pomysły zwiększenia rynku przez rozszerzenie zakresu badań lub znaczna ich „denacjonalizacja” i oddanie większości tej sfery w pacht prywatnych firm miały szansę na powodzenie. Jak napisał ST: „szybka realizacja nieudolnie prowadzonych inwestycji jest ważniejsza od archeologii”. Niestety, tak jest. Polska to kraj na dorobku, gdzie ważne jest budowanie – infrastruktury, mieszkań – a nie wyciąganie z ziemi połamanych skorupek. Trudno mi się na to obrażać… Wolę kraj, gdzie ludzie będą mogli mieszkać we własnych domach i jeździć po dobrych drogach, a nie, zamiast tego, szczycić się tysiącami tomów opracowań na temat dziejów sprzed kilku tysięcy lat. Slogan „Koniec historii”, ukuty co prawda w innym celu, oddaje jednak dobrze zmianę w światopoglądzie społecznym. Historia i wiedza o przeszłości przestała być dobrem pożądanym, spory historyczne wybuchają w dyspucie publicznej co najwyżej odnośnie historii najnowszej i to zwykle w wyniku inspiracji politycznej. Archeologia przestała dostarczać towaru, na który jest zapotrzebowanie i nic dziwnego, że nikt nie kwapi się z pokrywaniem jej potrzeb finansowych. Tym bardziej, iż są ważniejsze potrzeby społeczne – inwestycje w służbę zdrowia, wymiar sprawiedliwości, policję, wojsko i wciąż infrstrukturę. Z garnuszka państwowego archeologia się nie wyżywi na poziomie, jak sama chciałaby sobie zapewnić. Na koszt inwestorów prywatnych – też nie, z powodów podanych wyżej: brak utożsamienia społecznego z zadaniami archeologii. Ustawowe i konstytucyjne definicje o dobru wspólnym odbierane są z przymrużeniem oka. System ochrony zabytków w teorii i praktyce opiera się na kiju, którym państwo próbuje chłostać obywatela, co ustawia automatycznie stosunki z petentami na zasadzie opozycji. Do tego dochodzą wspominane przez przedmówcę nepotyczne i kolesiowskie układy w WKZ-etach. Organy te są zwykle niekompetentne, działają uznaniowo, według niejasnych kryteriów, nadinterpretując albo wręcz łamiąc prawo, podważając do cna zaufanie ludzi do spraw związanych z zabytkami, w tym archeologicznymi. Wszystko to układa się w obraz sfery, która jest ostatnią do uzyskania społecznego przyzwolenia na zwiększenie zainwestowania publicznych i prywatnych środków. Rozwiązania przyznam się, nie widzę.

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s