Dlaczego portale piszą bzdury o nauce

W komentarzu pod tekstem o podaniu przez niektóre nasze media archeologicznego newsa sprzed 12 lat pojawiło się pytanie o przyczyny słabego poziomu dziennikarstwa (w domyśle naukowego na portalach, bo padł przykład gazety.pl jako kopalni pseudoodkryć). Zacząłem pisać krótką odpowiedź, ale się trochę rozpędziłem, więc postanowiłem dać to jako notkę.

Na początek ogólna uwaga. Fatalny poziom newsów naukowych dotyczy nie tylko gazeta.pl. Świetnie się w tym realizują m.in. dziennik.pl, onet i inne polskie portale ogólnotematyczne. A polskich portali naukowych z prawdziwego zdarzenia niestety wciąż się nie doczekaliśmy (no dobrze, chociaż jednego).

1. Portale ogólnotematyczne mają naukę generalnie głęboko gdzieś. Daje stosunkowo mało kliknięć. Lepiej dawać Dody i Jole R. niż coś o odkryciach naukowych. Trochę podobnie wygląda to w TV, np. informacyjnych, choć tam miejsce Dody i Joli zajmują np. Palikot i Kurski.

Tematy Dodowo-Palikotowe są łatwe i przyjemne zarówno w robieniu jak i w odbiorze. Nie trzeba się męczyć, by zrozumieć. Nie trzeba nic sprawdzać, kopać, weryfikować, czy też główkować, jak jasno i krótko wytłumaczyć jakieś tam C14. Ot rzucamy cytat, trochę backgroundu i parę pustych zdań i materiał dający kliknięcia, czy oglądalność gotowy. Czytelnik też się nie zmęczy chłonąć newsa, więc pewno wróci.

2. No ale jednak czasami coś o nauce się pojawia. Wtedy – zwłaszcza, gdy portale czy TV same robią sobie newsa – mamy zazwyczaj morze głupstw. A wynika to głównie z dwóch powodów.

Po pierwsze ze względu na pkt 1. nie ma w redakcjach portali, TV, a czasami nawet gazet, ludzi, którzy się na danej tematyce znają. Tematy pod tytułem Doda, czy Palikot łatwo opanować, ale swobodne poruszanie się w archeologii czy paleontologii wymaga całkiem sporej wiedzy, której nie da się zdobyć w godzinę. W dodatku portale nie są zbyt bogate. Dlatego ogromna część dziennikarzy to studenci bądź absolwenci. Pewien znany portal informacyjny opiera się na słabiutko opłacanych studentach, których teksty czyta garstka trochę bardziej doświadczonych redaktorów. Co więcej te niedoświadczone i nie znające tematyki osoby muszą tworzyć materiały bardzo szybko. Takie są wymagania internetu…

Po drugie taki materiał musi być strawny dla czytelników, czy widzów o zerowej wiedzy w danej dziedzinie. Najlepiej, żeby był o czymś, co ludzie kojarzą np. z filmów. Do tego materiał musi być sensacyjny. Dlatego też najwięcej głupot dotyczy takich tematów jak ludożerstwo (sensacja), Nefretete, Kleopatra (znane z filmów i popkultury), Jezus (bohater najpoczytniejszej książki wszechczasów ;) ) albo wielkich zagrożeń (sensacja), jak np. Wielki Zderzacz Hadronów, który zdaniem niektórych mediów miał zniszczyć Ziemię. Dlatego do wielu znalezisk na siłę podciąga się znane postacie czy filmy (np. kopalnie króla Salomona wg tvn24.pl, które z tym królem wspólnego wiele nie miały)

3. Media te korzystają też z depesz PAP. Tu pojawia się inny problem. Co prawda PAP jest w miarę rzetelny, bo dosłownie tłumaczy doniesienia mediów zagranicznych, ale jednak tłumaczeń również dokonują osoby nie znające tematyki. Efekty? Np. poinformowanie w jednym ze zdań depeszy, że starożytni Persowie uprawiali kukurydzę. Skąd ta bzdura? Ano tłumacz widząc angielskie słowo corn napisał kukurydza zamiast zboże. Osoba znająca oprócz angielskiego także historię błędu takiego raczej by nie zrobiła.

Zresztą tłumaczeniowe błędy PAP-u to małe piwo. Rekord ma bezsprzecznie dziennik.pl, który podał, że minerał przypominający składem zmyślony na potrzeby historii o Supermenie kryptonit znaleźli saperzy w serbskiej minie. Tak naprawdę chodziło o górników (miners) i serbską kopalnię (mine)

Wiele zależy też od tego z jakiego źródła PAP skorzysta. Jeśli jest to zachodnia agencja prasowa, to zazwyczaj jest dobrze. Ale i tu bywają mocne wpadki jak np. informacja o odkryciu w Danii rzymskiego cmentarza. Skąd Rzymianie w Danii?? Otóż dziennikarz piszący angielskojęzyczną depeszę w oparciu o duńską gazetę nie za dobrze zrozumiał duński odpowiednik naszego terminu „okres wpływów rzymskich”. Na tę minę PAP szczęśliwie nie wpadł.

Ale PAP ma też zwyczaj korzystać z różnych gazet i serwisów z egzotycznych krajów. Ja oczywiście też z nich korzystam, ale różnica leży w tym, że trochę lepiej znam tematykę niż PAP-owscy tłumacze. Nie daję się więc złapać na takie numery jak informacje z lokalnego serwisu macedońskiego o tabliczce z napisem w języku macedońskim sprzed 4000 lat (i to do tego najwyraźniej zapisana alfabetem greckim! – polecam zdjęcie).

Depesze PAP mają też jeszcze jedną wadę. Otóż bywają zazwyczaj dość nieciekawie napisane. Dlatego portale czasami próbują je podrasować. A że nie znają tematu, to często solidnie przesadzają.

4. Niestety wpadki zdarzają się też mediom, które powinny mieć materiały dużo lepszej jakości, a więc np. tzw. dziennikom opinii. Czasami jest to nieuwaga, czasami zbytnia ufność w źródła internetowe, czasami przeszarżowanie z ufajnianiem tekstu, bo do gazet też dotarła moda na bardzo lekkie podawanie naukowych wieści. Często dziennikarze naukowi pisują o dziedzinach, o których mają blade pojęcie, bo kolega był na urlopie, bo nie ma w redakcji nikogo od tej działki. A są to sytuacje częste, bo działy naukowe są malutkie, nierzadko obsadzone przez stażystów, początkujących dziennikarzy, czy osoby, które trafiły tam przypadkiem. A media, zwłaszcza polskie, nie mogą sobie pozwolić na zbyt mocną obsadę, gdyż to sporo kosztuje (spotkałem się z działem naukowym w kształcie zabiegany kierownik i stażystka), a dochody mediów są u nas mimo wszystko dość skromne.

5. Dużo lepiej jest w mediach zachodnich. Bardzo cenię sobie choćby BBC czy National Geographic. Jest też wiele innych serwisów, na których w zasadzie mogę spokojnie polegać.

Szczególnie podoba mi się NG. Choćby dlatego, że stara się prawie zawsze podpytać o opisywany temat jakiegoś innego naukowca, by mieć dwugłos. Jakżeż chciałbym mieć czas na taką zabawę!

Ale i tym dużo lepiej obsadzonym personalnie zachodnim mediom zdarzają się błędy. Przykładem niech będzie wpadka BBC i NG z brzydotą Kleopatry, którą stwierdzono w oparciu o jedną(!) monetę. I tego już za cholerę wytłumaczyć nie mogę.

Wszystkie podane w tekście przykłady wpadek są prawdziwe.

~ - autor: Wojciech Pastuszka w dniu 25.06.2009.

Komentarzy 57 to “Dlaczego portale piszą bzdury o nauce”

  1. Ja tam uwielbiam czytać kopalnię wiedzy

    • Ale KW to jeszcze nie jest portal. Na ile się zorientowałem z rzadka zaglądając jest to serwis hobbystyczny tłumaczący głównie zachodnie teksty. Do prawdziwego portalu naukowego trochę im brakuje.

    • Kontynuując wątek o Kopalni Wiedzy. Cytat z tekstu, który dzisiaj wyskoczył mi w RSS-ach „Hiszpańscy archeolodzy pracujący na stanowisku archeologicznym uznawanym za najstarsze osiedle ludzkie w Europie, dokonali sensacyjnego odkrycia.” Oczywiście chodzi o Atapuercę i ślady ludożerstwa. Jak widać też niestety dali się nabrać na 12-letniego newsa i w dodatku jaskinię nazwali osiedlem, co wywoła u większości czytelników całkowicie mylne wyobrażenie, że chodzi o nasz gatunek, tym bardziej, że nie piszą, że to stanowisko Homo antecessor. Generalnie cała notka jest wielkim błędem. Zresztą sami posprawdzajcie http://kopalniawiedzy.pl/kanibalizm-dieta-Atapuerca-archeologia-czlowiek-pierwotny-7845.html

      • Witam serdecznie,

        jestem autorem przytoczonej przez Was notki. Nie pozostaje mi nic innego jak przeproszenie Was za wpadkę.

        Nie zamierzam udawać specjalisty – opieram się, tak jak wszyscy dziennikarze, na dostępnych źródłach. Nie da się posiadać wiedzy na każdy temat, więc jeżeli wiadomość pojawia się w co najmniej kilkunastu portalach na całym świecie, a jej pierwotnym źródłem jest zespół naukowców, zakładamy, że jest prawdziwa. Tym razem się to nie udało, za co serdecznie Was przepraszam. Mimo to nie mogę powiedzieć, żebym czuł się winny – jeżeli poważne serwisy anglojęzyczne informują o odkryciu jako czymś nowym, uważam, że mamy prawo uznać takie doniesienie za prawdziwe.

        Notka zniknęła już z naszego serwisu. Nie oznacza to, że unikamy odpowiedzialności – usunęlismy po prostu fałszywą wiadomość, żeby nie trzymać jej przy życiu i nie wprowadzać zamętu.

        Dziękuję za Waszą czujność i za zwrócenie nam uwagi. Na przyszłość prosiłbym jedynie, żeby zwracać nam uwagę na naszym forum. W ten sposób będziemy mieli przynajmniej okazję poprawić jakość przekazu naszego serwisu, co będzie chyba w interesie nas wszystkich, czyż nie?

        Pozdrawiam!

        • Jak by każdy orientujący odpisywał Wam na portalu, że to, a tamto jest dosłownie bzdurą, to byście w końcu się zdenerwowali i nie dawali możliwości obcykanym ludziom się wypowiedzieć. Ten artukuł przypomniał mi trochę program Usterka.

          • Dlaczego zaraz kogoś blokować?
            Dobrze jest wysłuchać mądrzejszego.
            Ja jestem zadowolony, jak ktoś mnie z błędu wyprowadza.
            Cuiusvis hominis est errare, nullius nisi insipientis in errore perseverare.

            • Ale ja nie mówię o swoich praktykach, tylko o prawdopodobnym postąpieniu piszących artukuły. Druga sprawa, że nie zawsze każdy będzie wyprowadzał z błędu w miły sposób i to publicznie na forach.

              • Mam prośbę/propozycję: zanim zaczniesz wysuwać obraźliwe insynuacje, upewnij się, jak wygląda rzeczywistość.

                Muszę Cię bardzo zasmucić: od samego początku jest tak, że użytkownicy biorą aktywny udział w życiu KopalniWiedzy (mam tu na myśli i dyskusje na forum, i korygowanie błędów, jeśli takowe się zdarzają – a zdarzają się przecież każdemu człowiekowi) i wszystko się kręci bardzo fajnie. Nie mamy zwyczaju obrażać się za to, że ktoś poprawia nasze błędy, o ile tylko robi to na poziomie.

                Z kolei takie insynuacje, jak Twoje, są potrójnie niefajne. Nie dość, że są fałszywe, to jeszcze nie prowadzą one do właściwego rozwiązania, czyli poprawienia błędu. A do tego wszystkiego wypowiadasz je w miejscu, do którego mamy sporą szansę nie trafić, by odpowiedzieć na takie wypowiedzi.

                Pozdrawiam.

        • Co ma mnie zasmucić? Dobra, załóżmy, że to jest tylko Twój sposób pisania. Nie wmawiaj tutaj, że jestem taki, że nie mógłbym wejść na Twoją stronkę i popatrzeć, czy ludzie tam piszą swobodnie, czy banują ich tam. Wiadomo, przeprosiny to bardzo przyzwoite wyjaśnienie, ale jeżeli na Archeowieściach powstał temat o błędach piszących artykuły naukowe i że padła do tego nazwa Twojej stronki, to znaczy, że dosyć często tam u Ciebie błędy się pojawiają. Skusiłem się o komentarz, bo to Wy tam macie władzę nad tym, co się ukaże, i różnie mogą Was tam internauci pojechać. Ale oczywiście niefajne z mojej strony pisanie tak obraźliwych spostrzeżeń pod Twoim postem.

          • „Nie wmawiaj tutaj, że jestem taki, że nie mógłbym wejść na Twoją stronkę i popatrzeć, czy ludzie tam piszą swobodnie, czy banują ich tam.”

            W takim razie po co te sugestie? Zapraszam na forum, dostęp jest darmowy i otwarty. Mam propozycję: rozejrzyj się, wyrób sobie opinię, a potem mów, jacy jesteśmy. Łatwiej się żyje bez zbędnych uprzedzeń, zapewniam.

            ” jeżeli na Archeowieściach powstał temat o błędach piszących artykuły naukowe i że padła do tego nazwa Twojej stronki, to znaczy, że dosyć często tam u Ciebie błędy się pojawiają. ”

            Tak? Ja jedynie przeczytałem, że yethwa „uwielbia czytać KW”. Zresztą… zakładając na chwilę, że poważne błędy merytoryczne regularnie się u nas pojawiają, to tym fajniej świadczy to o czytelnikach, którzy nie korygują błędów, ale są pierwsi do nabijania się w innych serwisach.

            Pozdro i EOT z mojej strony – naprawdę nie mam ochoty na niepotrzebne szarpanie sobie nerwów. Raz jeszcze zapraszam na nasze forum, nawet jeśli Wasz udział ma się ograniczać do korygowania naszych wpadek. Wbrew pozorom, krytykę na poziomie znosimy naprawdę dobrze.

            • Dobra, nie rozdmuchujmy nadto niewinnego popełniania błędów na stronach od „wiedzy”. Ale musisz przy tym wiedzieć, że nie miałem na myśli wyłącznie Twojej stronki. Równie dobrze mógłbym podać za przykład Historycy.org, ale też by jakiś się tu trafił, który za wszelką cenę próbowałby mnie zgładzić, bo się odezwałem nie tu, gdzie trzeba. Podzielam opinię, żeby więcej już na ten wątek nie odpowiadać. I nie dziś.

              • @ jakiś tam maciek
                Powiem tylko jedno: Jesteś strasznie agresywny. Po co złośliwości od razu. W.Grzeszkowiak przeprosił za to, że popełnił błąd. Koniec. Mnie to przekonuje, ze się poprawią i nie będą robić tylu błędów. Ty musisz ciągnąć temat dalej… Ehh…

              • Muszę tu stanąć w obronie serwisu KopalniaWiedzy – popełniają błędy, bo to strona tworzona przez hobbystów, ale wytknięte – poprawiają. A na forum jest kilka osób dobrze obeznanych z różnymi dziedzinami wiedzy i wytykających usterki. Ja sam wytykam błędy językowe, bo to moja działka, nieraz dość czepialsko i nie ma z tym kłopotu.
                A zapewne przydałby się na forum KW ktoś obeznany z archeologią itp.

        • Jak nie jesteś specjalistą, to po co piszesz o rzeczach, na których się nie znasz?

          • To nie jest tak. Zwróć, proszę, uwagę, że zarzuty Kolegów nie dotyczą błędów w samym artykule, tylko faktu, że podaliśmy starą informację jako nową. Nie jest to więc zarzut o brak wiedzy (a przynajmniej ja go tak nie odbieram). W tej sytuacji moja wina ogranicza się więc do tego, że założyłem, że jeżeli specjalista w dziedzinie archeologii chwali się odkryciem, to wnosi ono coś nowego do danej dziedziny. Jemu dziękuj za to, że pochwalił się odkryciem czegoś, co było wiadomo od pewnego czasu. A mnie z kolei uwierz, że jest rzeczą fizycznie niemożliwą śledzenie absolutnie wszystkich doniesień naukowych pojawiających się we wszystkich czasopismach we wszystkich krajach świata. Tak się po prostu nie da :)

            —-
            Przepraszam za dwie kopie komentarza. Nie wiem czemu, ale pojawił się on w złym miejscu. Poprzednią kopię można śmiało usunąć, gdyby komuś przeszkadzała ;

  2. No wlasnie, a ludzka wiara w slowo pisane powoduje, ze kazdy taki tekst napisany w pospiechu i niejednokrotnie w pospiechu przeczytany, akceptowany jest bezkrytynie.
    Media internetowe sieja straszny zamet nie tylko w nauce ale praktycznie w kazdej dziedzinie. Osobiscie interesuja mnie sprawy emigracji zarobkowej polakow. Przykladowo, na jednym portalu podaje sie pewne dane statystyczne, a dzien pozniej na tym samym portalu lub jeszcze tego samgo dnia na portalu konkurencyjnym, podaje sie informacje zupelnie wykluczajace wczesniejsze informacje. To zjawisko obserwuje juz od kilku lat i czuje spore zniechecenie takim praktykami.

    Dlatego zamieszczjac moj link do artykulu, ze sfory.pl o ptakach co nie pochdza od dinozurow, ktory opieral sie na znanym czasopismie naukowym Journal of Morphology, w niedawnym poscie na archeowiesciach, nie bylem juz pewien czy nie wyskocze z czyms, za co wszycy czytajacy sklasyfikuja mnie jakko niegroznego wariata :). Przyznaje, ze zrobilem to tylko dlatego, ze pozostaje anonimowy :D

  3. Problem jest arcyciekawy i dobrze, że został poruszony. To bardziej pytanie o to, po co komu nauka? Czego ludzie z jej strony oczekują? – Najpewniej ludzie łasi są ciekawostek typu: najstarsza piramida świata odnaleziona, itp. itd. Po co komu info o odkopaniu kolejnej bazyliki koptyjskiej (co to bazylika, a tym bardziej koptyjska?).

    I fakt, lepiej sięgać do źródeł i nie polegać na agencyjnych przekładach – czyli BBC, Reuters. Jednak osoby bardziej zainteresowane tematem mogą być zniesmaczone czasem polskimi wersjami. Czy to najwyższa pora zainwestować bardziej w działy nauki w redakcjach? Może jednak warto, ale należałoby naukę pokazać bardziej atrakcyjnie-poczynając od wspomnianego dwugłosu (pyttanie do specjalisty) a skońćzywszy na fajnych animacjach komputerowych. Chociaż, aż strach, i wole w to nie wierzyć, że nie ma czytelników wymagających, albo ze jest ich tak mało. A może jednak tak jest i stanowią elitę niewartą inwestowania w polskich redakcjach naukowych? Jednak sporo osób działa na blogach czy amatorskich stronach-potrafią pisać i są specami w swej dziedzinie a strony te są tłumnie odwiedzane (jakby nie patrzeć redaktor Archeowieści już takim specem jest mimo innego wykształcenia).

    Może ten post to krok do wielkiej „naukowej” rewolucji w polskich portalach?

  4. Problem wynika miedzy innymi z tego, ze newsy pisza redaktorzy nieznajacy kompletnie danej dziedziny, ktorzy zaskoczeni jakas nieznana im osobiscie rzecza, traktuja ja jako oczywista sensacje dla wszystkich czytelnikow. Podrasowuja, daja krzykliwy tytul – i jest!

    Przykladem moze byc stalocieplnosc dinosaurow, ktora jako kompletne nowum pojawia sie od kilkunastu lat w prasie i internecie, gdy natknie sie na taka informacje redaktor pierwszy raz slyszacy o tej teorii.

    Sadze, ze obecnie i tak jest juz lepiej, bo istnieje google i zapewne wielu dziennikarzy jednak sprawdza co na dany temat wyskoczy w wynikach.

  5. „Bzdety” naukowe są powszechne także w telewizji; nasi tłumacze, nie wiem dlaczego, odznaczają się wyjątkowym brakiem erudycji. Poza „tradycyjnymi” >…szybkość … węzłów NA GODZINĘ PRZED (ileś tam) latami świetlnymi, szwadron myśliwców, test Roszarda<, pederastę jako pedofila, Picassa jako abstrakcjonistę, pęd (z fizyki) pomylony z popędem, pajęczaki z owadami – nie mówiąc o nagminnym myleniu brzmienia nazwisk sławnych ludzi i nieznajomości spolszczeń terminów naukowych. Nie ma dnia spędzonego na "Discovery", "Planete" czy popularnonaukowych programach polskiej telewizji bez przynajmniej jednego lapsusu naukowego!
    …A w książkach nikt już chyba nie robi korekty wydawniczej, bo błędów ortograficznych coraz więcej.
    Takie czasy!; coś wiem o tym, bo jestem nauczycielem.

    • Ja akurat jestem tłumaczem i też mnie skręca, kiedy słyszę tłumaczenia w polskiej TV czy na Discovery. Ale czy przyczyną tego zjawiska jest jakaś ogólna tępota tłumaczy? Raczej nie. Tłumacze oczywiście popełniają błędy, jedni mniej, inni więcej – tak jak wszyscy. Fajnie byłoby oczywiście, gdyby ci, co popełniają ich dużo zajęli się czymś innym, bo wbrew pozorom jest trochę dobrych tłumaczy w tym kraju, ale najwyraźniej szefostwom stacji kiepska jakość tłumaczeń nie przeszkadza.

      Druga sprawa, że błędy zdarzają się nawet najlepszym, zresztą nikt nie może super orientować się w każdej dziedzinie, więc takie tłumaczenie powinno zostać przynajmniej przejrzane przez eksperta z danej dziedziny – ale to jest dodatkowy koszt, a koszty, jak wiadomo, należy ciąć.

      Biorąc pod uwagę obecne kryzysowe czasy, sytuacja raczej się pogorszy niż poprawi, bo koszty można zredukować jeszcze bardziej dając tłumaczenia ludziom pracującym za mniejsze pieniądze (no bo „przecież tłumaczyć może każdy, byle miał słownik” – jak powiedział mi kiedyś pewien zleceniodawca w trakcie dyskusji na temat stawek :) ).

      Jak sam zauważyłeś zresztą, jest niestety taki trend, coraz bardziej widoczny, żeby nie robić korekt – no bo to koszty, a koszty jak wiadomo …

      • Skąd wiesz, że nie ma kogoś, kto przetłumaczony przez Ciebie tekst nazwałby dennym. Jak się czegoś już podejmujemy, to musimy liczyć się z tym, że ktoś uzna siebie za lepszego w swojej działce.
        A co do tłumaczenia ze słownikiem. Każdy mógłby, ale na krótką metę, bo taka czynność jest nużąca, jak składanie długopisów. Samo kilkugodzinne przewracanie kartek słownika powoduje, że potem się to wszystko śni. Nie żebym tu od razu w tłumacza się bawił, ale jak wyobraźnia zadziała, to ciarki przechodzą. Jeśli jesteś wyśmienitym tłumaczem, pewnie nie musisz mieć słownika przed sobą, tylko pomysł na składne zdania, bo kontekst sam wyciągasz.

        • @jakiś tam maciek
          „Skąd wiesz, że nie ma kogoś, kto przetłumaczony przez Ciebie tekst nazwałby dennym.”
          Maćku drogi, chybaśmy się nie zrozumieli. Kiedy pisałem, że tłumacze popełniają błędy, miałem też na myśli siebie, zajmuję się tym na tyle długo, żeby wiedzieć, że nikt nie jest bezbłędny – ja na pewno nie :) Gdybym przetłumaczył tekst z dziedziny, na której się kompletnie nie znam, to na pewno zrobiłbym to dennie – właśnie dlatego potrzebne są rzeczy takie jak korekta czy konsultacje z fachowcami.
          Co do tłumaczenia ze słownikiem – no właśnie takie przekonanie szefów stacji TV sprawia, że tłumaczenia, które słyszymy są jakie są. Słownik owszem, przydaje się, ale do tego trzeba jeszcze naprawdę dobrej znajomości języka wyjściowego i docelowego, orientacji w danej dziedzinie i trochę zwykłego wyczucia językowego, żeby tekst był zrozumiały i stylistycznie w porządku. Czyli ogólnie potrzebne jest tu pewne przygotowanie. A jeśli tłumaczenia zleca się ludziom z przypadku, o których w swoim poście wspomina Simona, bo tacy ludzie a) wezmą mniej kasy niż zawodowy tłumacz, b) niekoniecznie dobrze znają język i tematykę, ale przecież mają słownik, no to efekty bywają niefajne

          • Ale ja jak najbardziej wiem, że miałeś na myśli też i siebie, no bo jak inaczej? Tylko że często zdarza mi się słyszeć, że telewizja daje kiepskie tłumaczenia programów. No to ja się pytam, gdzie się podziali ci fachowcy? Też się słyszy z nauczycielami, że są kiepscy (niekoniecznie angliści). Pozostaje zadać pytanie, gdzie się oni wszyscy podziewają. Pojawia się przedmiot tematu, który nie istnieje – takie tylko zostały wrażenia.

            • @jakiś tam maciek
              „No to ja się pytam, gdzie się podziali ci fachowcy?”
              Wiesz, jest jak zawsze – nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o kasę, fachowcy chcą wyższych stawek niż amatorzy, więc zleca się robotę amatorom, bo tak taniej, i tyle. A fachowcy też są, w końcu trochę się w tym kraju rzeczy tłumaczy z innych języków, i dużo jest dobrych tłumaczeń, tylko tłumacz ma taką niewdzięczną robotę, że zwracają na niego uwagę tylko jak coś zchrzani :)

    • Też jestem tłumaczem, pracowałam kiedyś w firmie dokonujacej profesjonalnych przekładów programów telewizyjnych (co prawda kanał podróżniczy, ale chodzi o przykład) – każde tłumaczenie podlegało korekcie, sprawdzeniom, konsultacjom, ba! wykonywana była podstawowa korekta, jaką jest sprawdzenie spójności obrazu i tłumaczenia. I co? I okazało się, że dla stacji jest za drogo, zrezygnowali, teraz sami zlecają przypadkowym ludziom tłumaczenie…

    • To równie dobrze sobie odpowiedz, dlaczego Amerykanie mieszkający w mieście Kosciuszko NIE POTRAFIĄ WYMÓWIĆ NAZWY WŁASNEGO MIASTA!!! W Polsce brakuje ludzi, którzy podzieliliby się widzą poprzez media, a nie ludzi, którzy w ogóle mogliby się czegoś nauczyć. To na Zachodzie brakuje i muszą zlecać pracę ludziom ze Wschodu.
      (jK) napisał:
      „Nie ma dnia spędzonego na „Discovery”, „Planete” czy popularnonaukowych programach polskiej telewizji bez przynajmniej jednego lapsusu naukowego!”
      Zwróć lepiej uwagę na samą jakość programów, które oglądasz. Jeśli oglądasz program na Discovery pt.”W klatce czasu”, to pewnie wiesz, że ten łysy bohater programu nazywa siebie naukowcem. Tyle że jak cały czas gada o zasadach Newtona i z fizyki tylko to zna, to mogę co najwyżej nazwać go absolwentem miejscowego Junior High School. Prowadzący tyle o nauce wiedzą, co Ty i ja. NG za dużo daje programów o UFO, Atlantydzie i to na pewno z powodu tych zakorzenionych przekonań o rzeczach niestworzonych. Powtarzam: za dużo w tym kraju miłości do Ameryki. Ale żeby nie było, że bronię Polaka radiowca, który nazwał pająka owadem i innych ludzi z telewizji. To też są dla mnie pierdzistołki, którym na samą myśl strty posady w telewizji pikawa siada.

  6. PS: Przepraszam – zdaje się wstawiłem znaki, których ta strona nie rozpoznaje i formatowanie tekstu jest ciut popsute
    (jK)

  7. Motyw ze znalezieniem kryptonitu przez saperów w serbskiej minie należy do moich ulubionych: http://my.opera.com/Jurgi/blog/2009/02/20/ptak-z-malborskiego-rozporka
    Niestety, podobnie kiepsko sprawa wygląda z TV, nawet, jeśli poproszą naukowca: http://my.opera.com/Jurgi/blog/2008/12/07/nie-ma-sondy-koniec-misji
    Że zacytuję dla niekonieczności przechodzenia do mnie:

    Tę sytuację zna wielu naukowców. Przyjechała telewizja, bo coś się wydarzyło.
    Prosili o szybciutki komentarz – już za chwilę, za momencik jest potrzebny. Powiedziałam, co wiedziałam, trwało to dwie-trzy minuty. My to skrócimy – powiedzieli oni.

    W audycji wyglądało to tak:
    Oni: – Poprosiliśmy Panią Profesor o komentarz.
    Ja: – Genetyka jest ważną nauką.
    I to do tego zdania byłam tej ekipie potrzebna.

    […] Nauka w telewizji istnieje wtedy, kiedy urodzi się cielę o dwu głowach albo wyleci w kosmos chiński kosmonauta. Podobno normalna nauka widzów nie interesuje.

    Niestety, nierzetelność i niechlujność dotyczy nie tylko nauki, ale w ogóle każdego tematu, gdzie trzeba by się wysilić lub coś wiedzieć. A sądząc po błędach, to w wielu portalach siedzą nie studenci, a co najwyżej gimnazjaliści.

    • Jacy gimnazjaliści. Tu wiek nie ma nic do rzeczy, tylko zapał. Jak się ktoś interesuje, to nawet kwitka z uniwerka nie potrzebuje, i może być gimnazjalistą, licealistą, może być nawet z zawodówki, a mieć wiedzę większą niż niejeden studencki śpioch wykładowy. :)

      • Zgadzam się, w gazecie, w której pracowałem, pisali i gimnazjaliści – i byli w swoich dziedzinach lepsi niż niejeden zawodowy dziennikarz.
        Szkopuł w tym, że piszący dla dużych portali z pewnością nie są żądnymi zapaleńcami, tylko robiącymi na odwal wyrobnikami, co widać, słychać i…

  8. Dzięki temu, że portale piszą bzdury o nauce – mają szansę powstać takie właśnie, interesujące nawet dla informatyka blogi! Pozdrawiam

  9. „Tematy Dodowo-Palikotowe są łatwe i przyjemne zarówno w robieniu jak i w odbiorze. Nie trzeba się męczyć, by zrozumieć.”

    No właśnie ja się strasznie męczę, starając się zrozumieć co ludzi tak w nich fascynuje. Ale chyba za głupi jestem, bo za cho…robę tego zrozumieć nie mogę :) Nawet będąc strasznym laikiem, łykam archeologiczne newsy z onetu, jak indyczka groszek. Ale zawsze weryfikuję je na tym blogu i mam z tego niesamowitą frajdę. Dziękuję panie Wojtku za kawał dobrej roboty i te nieliczne chwile rozrywki w pracy przy czytaniu tego bloga.

  10. A dla mnie w programie wszystkich studiów archeologiczno-geograficzno-biologiczno-antropologicznych powinien być zapis, że każdy student musi co najmniej raz dziennie wejść na Archeowieści. Wtedy dzięki tryliardom odsłon miałby Pan giga sponsorów co z kolei pozwoliłoby Panu zrezygnować z pracy i „tylko” jeździć po wszystkich wykopaliskach w Europie i umawiać się na wywiady z tzw sławami i konfrontować z nimi pozyskane wcześniej dane.

  11. Możemy sobie ponarzekać, ale niewiele to zmieni.
    Media to oczywiście jedynie jeden z aspektów szerszego zjawiska. Wystarczy pójść do pierwszej z brzegu księgarni. Na półce historia lub archeologia (jeśli jest) znajdziemy wybitne dzieła Danikena i innych szarlatanów. Na półce „Psychologia” rozmaite poradniki z cyklu „Siedem kroków do zdobycia kobiety, pieniędzy i nowego BMW”, a na półkach „Religioznawstwo” znajdą się poradniki medytacji transcendentalnej.
    W bibliotekach uniwersyteckich jest podobnie (np. w Łodzi).
    Filmy historyczne coraz bardziej oddalają się od rzeczywistości i stają się bardziej produkcjami z nurtu fantasy. Nawet fascynujące historie są przedstawiane w sposób podkolorowany lub wręcz kompletnie z palca wyssany, bo producenci i autorzy scenariuszy najwyraźniej doszli do wniosku, że ludzie nudziliby się oglądając prawdziwą historię Williama Wallace’a, Temudżyna czy Baliana z Ibelinu.
    Nauka specjalizuje się coraz bardziej i coraz bardziej oddala się od „zwykłych ludzi”. Te lukę zapełnia pseudonauka i pop-nauka. Zresztą mało to archeologów próbuje odnaleźć się w tym świecie i lepiej „sprzedać” swoje odkrycia przedstawiając je w odpowiednim świetle lub wiążąc na siłę ze znanymi postaciami i wydarzeniami?

    • Tak cały czas się zastanawiam, który to ten „dobry czas”. Czemu zawsze jest tak, że my dobre czasy mamy za sobą, że filmy były lepsze, że nie było konserwantów w jedzeniu, że człowiek mógł pooddychać świeżym powietrzem. Jakoś ludzie czują wielki sentyment do przeszłości. Teraz to można wszystko określić jako schodzenie na psy.

  12. Panie Wojciechu, sam pracuję w TV i lepiej bym tego zagadnienia nie wytłumaczył.

    Pozdrawiam

  13. To i ja coś dorzucę.
    I też o archeologii będzie.
    Dzisiaj w Rzeczpospolitej czytałem artykuł o przyszłych wykopaliskach
    w Radomiu:
    http://www.rp.pl/artykul/9129,325404_Terra_incognita_.html
    Ponoć szykuje się drugi Biskupin.

    Wracając do artykułu:
    niech mi ktoś wytłumaczy, o co chodzi w ostatnich akapitach
    „Nastanie chaos i ciemności” o uderzeniach asteroid.
    To ma jakiś związek z opisywanym grodem?
    Tekst ni przypiął ni przyłatał.
    Bardzo dziwna zmiana tematu.

  14. W sumie dobrze to Wojciech opisałeś, trafnie. Tylko że ja się wzdrygam, jak słyszę z tą dwoistością słowa „corn”. W takim razie jak to się dzieje, że sami naukowcy wiedzą, o co w tym momencie chodzi. Lecą na domysły?
    Ze słowami „mine” i „miner”, to już pójście na łatwiznę tamtych tłumaczących, mogliby sprawdzić dokładniej…
    Nie wiem, co jest przyczyną tej bezwarunkowej miłości do Ameryki, że świętością jest NG, czy to w archeologii, czy filmów przyrodniczych. Przez to, że Polska daje kanały, takie jak NG, czy Animal Planet, więcej robi się w kraju tłuków, którym wystarcza popatrzeć na lwy z Serengeti, czy na rekina ludojada. Takim sposobem kształtują się u ludzi stereotypy, może nie kulturowe, ale stereotypy filmu przyrodniczego. Jak pada hasło film przyrodniczy, to znaczy, że będą tyrgysy z Sandarbans albo warany z Komodo. I cały czas do tego te amerykańskie stacje reklamują, że wyemitują nowość, że poznamy prawdziwe zachowania żarłaczy błękitnych, dotychczas nie zaobserwowane. Do BBC też się przyczepię, mimo że to nieamerykańskie. Produkuje za dużo programów przyrodniczych ze zwierzętami z tropików, zupełnie jak NG czy AP, a o roślinach jest mało. Myślę, że niejeden dendrolog chciałby pooglądać program o ewolucji drzew, ale jakim cudem, jeśli BBC robi dla ogółu, który wolą popatrzeć na coś, co widzieli już milion razy i „nie trzeba wysilać się przy ich odbiorze” (czy jakoś tak to szło). Z tego morał, że ci, co czytają dużo o Dodzie i oglądają Palikota, nie ustępują w niczym, prócz w tematyce, ludziom, którzy oglądają wkółko te same gatunki zwierząt. A co zwierzę może robić, jeśli nie spać, jeść, robić kaku, siky i się rozmnażać? Tak więc jak na dziś, to za dużo Ameryki i tyle w tej zakompleksionej Polsce. Na stronach ogólnotematycznych, jak i naukowych. Aż łeb trzaska.

  15. W RzePie ukazała się też informacja o nowej metodzie datowania ceramiki z dokładnością praktycznie do roku.

    „Metoda brytyjskich badaczy jest prosta i zarazem precyzyjna. Przy pomocy niezwykle czułe wagi elektronicznej wystarczy bardzo dokładnie zważyć fragment ceramiki przed i po intensywnym jej ogrzewaniu w piecu.

    Naczynia gliniane, tuż po wyprodukowaniu, tracą gwałtownie część wody zawartej w glinie. Ale potem ten proces się odwraca — ceramika powoli wchłania wodą ze swojego otoczenia, niezależnie od tego, czy znajduje się nad czy pod powierzchnią ziemi. Naukowcy zauważyli, że szybkość ponownego wchłaniania wilgoci nie zależy od stopnia wilgotności środowiska. W rezultacie, im dłuższy czas mija od wyprodukowania ceramiki, tym bardziej nasiąka ona wodą. Dzieje się to w ściśle określonym tempie. Wystarczy więc ustalić ilość utraconej wody w czasie podgrzewania w piecu do temperatury 500 st. C aby określić jej wiek.

    Doświadczenia przeprowadzone przez naukowców z Uniwersytetu w Manchesterze wypadły więcej niż obiecująco. otrzymali oni do zbadania cegłę, której moment powstania historycy określili już wcześniej z dokładnością do jednego roku. Badacze z Manchesteru nie wiedzieli o tym. Metodą piecową określili wiek cegły na 2 tys. lat. Tymczasem w rzeczywistości wykonano ją 2001 lat temu.

    Kolejna próba, także z cegłą, wypadła podobnie. Nową metodą określono jej wiek na 340 lat, podczas gdy historycy wiedzą na pewno, że musiała być wypalona w latach 339 — 344.

    Trzecia próba, początkowo uznana za całkowicie chybioną, okazała się najbardziej owocna. Wilson i Bailiff określili wiek cegły przeznaczonej do testowania na 60 lat, gdy tymczasem na pewno pochodzi ona ze średniowiecznego opactwa Canterbury. Szybko jednak okazało się, że rozwiązanie zagadki jest proste: w czasie II wojny opactwo zostało zbombardowane, wybuchł wówczas pożar. Temperatura podczas pożaru była podobna do tej jaka panuje w piecu podczas doświadczeń. Podczas pożaru cofnęła „licznik wodny” do zera. ”

    http://www.rp.pl/artykul/9140,320876_Wodna_metryka_glinianych_naczyn.html

    … i to będzie niesamowita rewolucja w archeologii bo do tej pory ceramikę np. wczesnośredniowieczną potrafi się datować na wiek w tą czy w tamtą.

    ps. nie widzę tego tematu w archeowieściach dlatego pozwoliłem sobie zacytować

  16. Powiem szczerze – takie błędy już mnie wcale nie rażą. Rażą mnie natomiast błędy na poziomie podstawówki, które pojawiają się w wiodących mediach. Co gorsza są one poprawiane JEDYNIE gdy internauci/czytelnicy/słuchacze/widzowie wyśmieją autora. Widocznie w całej redakcji NIKT nie widzi w tym żadnego błędu czy powodu do wstydu. A byki są straszliwe, przykładem może służyć fraza wrzucona w Google „100- kilometrowy kanał połączy Morze Czerwone z Morzem Czarnym?”. Myślicie, że to absurd? Nie – to dosłowny tytuł z „Gazety Wyborczej” sprzed 4 dni. Generalnie „Wyborcza” rewiduje moje wyobrażenia na temat historii i geografii. A to okazuje się że cesarz Franciszek Józef I urodził się w XVII wieku, a to Węgrzy zostali zaliczeni do Słowian, a to kanał między Calais a Dover zmienił nazwę na Le Mans… Wszystko to autentyki. O subtelniejszych sprawach nawet nie wspominam – a zgrzyty zdarzają się po prostu codziennie.
    Wątpliwym pocieszeniem jest chyba tylko fakt, że nie jest to li tylko bolączka nauk historycznych czy geograficznych: http://mob24.pl/2009/06/30/amatorzy-z-internetu/

    PS To co mnie jeszcze boli to fakt, że redaktorzy „GW” jak zżynają to robią to niedokładnie lub niechlujnie, a może i ze złą wolą. Kiedyś natrafiłem na kawał mojego doktoratu. Nie mam pretensji że praktycznie zrobiono to żywcem (brakowało tylko cudzysłowów…) ani o to że nie byłem wymieniony nigdzie w artykule. Pretensję mam głównie o to, że przez wyrywanie akapitów z kontekstu powstało coś pod czym bym się nigdy nie podpisał. W tym sensie jestem autorce wdzięczny, że nie umieściła mojego nazwiska w artykule.

    • Powyższy tytuł nie jest z Gazety Wyborczej tylko z depeszy IAR użytej przez gazeta.pl. GW i gazeta.pl mają odrębne redakcje.

    • Kiedyś się denerwowałem a teraz powoli obojętnieję.
      Z trzy dni temu w NG w jakimś filmie o Alasce padło słowo kaRnister, z tak twardym „r”, że aż ciarki przeszły. Jakiś czas wcześniej też w NG „lodowce rozpuszczają się” i „epicentrum kilka kilometrów pod powierzchnią ziemi”. A wczoraj na kanale dla dzieci CBeebies „200 gram kapusty”.
      Praktycznie co program czy film popularnonaukowy to jakiś babol się trafi.
      Takie byki i zwroty stają się normą. Niedługo to będzie poprawna polszczyzna. :-)

      • Poruszyłeś bardzo istotny temat jakim jest „polszczyzna dziennikarska”, a jest to też frapujące zjawisko. Kiedyś polszczyzna „prasowa” i „radiowotelewizyjna” stanowiła wzorzec dla mas, obecnie te relacje się odwróciły i to dziennikarze starają się naśladować ulicę (tu wskazuję paluchem na komercyjne stacje radiowe), zresztą najczęściej niestety okolicę budki z piwem. I nie ma to nic wspólnego z warszawskim Wiechem czy poznańskim Wujem Ceśku.
        Dorzucę jeszcze osoby ze szklanego ekranu które mają kardynalne wady wymowy (sic!), co wydawałoby się powinno dyskwalifikować. Nie dyskwalifikuje, jak ktoś sobie przypomina polszczyznę dwóch polonistek (sic!!) Szczuki i Terentiew to wyrobi sobie obraz wzorca językowego. Obie moim zdaniem mogłyby być wdzięcznym obiektem badań logopedycznych.

        Aha, jeszcze dla dopełnienia obrazu – oszukańcze i często sensacyjne tytuły, w czym celują właśnie portale internetowe. Ot na zasadzie: nagłówek „Robert de Niro (1943-2009)”, a wewnątrz wcale nie wiadomość o śmierci jak mógłby sugerować tytuł a „zobaczcie ile już lat możemy się cieszyć że ten wspaniały aktor zachwyca nas swoim kunsztem aktorskim…”.

  17. A ja tam na przykład czepiam się zapisywania liczb, używając do tego (jeśli trzeba) wielu, zależnie od woli piszącego, przecinków lub kropek – co trzy cyfry. Po co to „branie przykładów” z zapisu Amerykanów? Widzę taki zapis bardzo często w internecie. Toż to nieczytelne!!!

  18. http://stwarzanie.wordpress.com/2009/05/31/rehydroksylacja-nowa-metoda-datowania-ceramiki/#comment-469

    „Oczywiście metoda rehydroksylacji ma swoje ograniczenia. Przede wszystkim wymaga wiedzy na temat wilogotności w zamierzchłych wiekach. Podobnie jak niegdyś zmieniał się poziom węgla 14C, to samo z całą pewnością można powiedzieć o ilości H2O w atmosferze. Tu i ówdzie spadło więcej deszczu, a gdzieniegdzie były susze. Potrzebne będzie więc opracowanie tabel z takimi wartościami dla lat przeszłych.”

    http://www.rp.pl/artykul/2,320876_Wodna_metryka_glinianych_naczyn.html

    „Naczynia gliniane, tuż po wyprodukowaniu, tracą gwałtownie część wody zawartej w glinie. Ale potem ten proces się odwraca — ceramika powoli wchłania wodą ze swojego otoczenia, niezależnie od tego, czy znajduje się nad czy pod powierzchnią ziemi. Naukowcy zauważyli, że szybkość ponownego wchłaniania wilgoci nie zależy od stopnia wilgotności środowiska. W rezultacie, im dłuższy czas mija od wyprodukowania ceramiki, tym bardziej nasiąka ona wodą. Dzieje się to w ściśle określonym tempie.”

    A mnie denerwują takie ewidentnie sprzeczne ze sobą komentarze do tego samego faktu czy wydarzenia, bo albo wilgotność nie ma wpływu na zegar wodny ceramiki jak pisze RP albo ma jak chce autor.

  19. ps. oczywiście jak chce autor Maciek z „stwarzanie.wordpress.com”

  20. […] migg w dniu lipiec 6, 2009 Na Archeowiesciach Wojtek napisał niedawno uroczą notkę pt. “dlaczego portale piszą bzdury o nauce”. Nie wiem, czy przy popełnieniu artykułu, […]

  21. Z podanej strony plik „full text” ściąga mi się z błędem, być może pan Kowalski z Rzepy nie zna się na rzeczy ani angielskiego, może dlatego, że jest archeologiem pisarzem itp.

    Z samego jednak opisu metody i przykładów zastosowania wynika, że jest dość prosta dostali jakąś cegłę zważyli na superczułej wadze przed i po wyprażeniu i stąd na podstawie ubytku masy wody wyliczyli czas jej pierwotnego wypalenia.

    Metoda w wersji Maćka zależna od zmian klimatu, wilgotności, itd. to w zasadzie byłoby skomplikowane wróżenie z fusów, są wielkie kontrowersje na temat zmian klimatu temperatury ich przyczyn, jedynie co coś wiemy pewnego to skład chemiczny powietrza w pęcherzykach np. w lodach Grenlandii, czyli skład chemiczny atmosfery.

    Czyli metoda według Maćka nie byłaby ani tania ani prosta.

  22. Jakieś średnioroczne przypuszczalne temperatury z ostatnich 2 tysiącleci są znane i nie trzeba ich opracowywać, klimatologia ma już jakieś osiągnięcia. ;)

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

 
%d blogerów lubi to: