Miliony do wzięcia z historycznych wykopalisk

Ponad 100 milionów złotych rocznie jest wart rynek prac archeologicznych. To głównie efekt budowlanego przyspieszenia, jakie obserwujemy po przystąpieniu do Unii Europejskiej

Dzięki niemu zwiększyło się zapotrzebowanie na materiały budowlane czy wykonawców, ale i archeologów.

– Pierwsze duże zlecenia to druga połowa lat 90. i budowa gazociągu jamalskiego – wspomina Radosław Herman, prezes łódzkiej firmy Arch-Tech. – Wtedy jednak rynek był zdominowany przez państwowe instytuty. Dopiero pod koniec lat 90. zaczęły się pojawiać prywatne firmy, początkowo jako podwykonawcy. Dziś już konkurencja w branży jest bardzo duża.

W całym kraju działa kilkaset firm archeologicznych. – Znakomita większość z nich to jedno-, dwuosobowe podmioty – zaznacza dr Aleksander Limisiewicz, prezes wrocławskiej firmy AKME.

Firm dużo, ale i zleceń do podziału sporo. Największe stanowiska archeologiczne wiążą się z budową autostrad, dróg szybkiego ruchu, obwodnic czy sieci wodociągowych lub kanalizacyjnych. Sporo pracy jest też przy stawianiu fabryk, osiedli, ale trafiają się też zlecenia na niewielkich działkach przygotowywanych do budowy domów jednorodzinnych. Limisiewicz szacuje, że wartość rynku prac archeologicznych przekracza już 100 mln zł rocznie. Sama Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad w 2007 r. wydała 21,5 mln zł na prace archeologiczne.

Radosław Herman dodaje, że trzeba się też spodziewać wzrostu cen usług archeologicznych. – Przez wiele lat stawki się nie zmieniały, ale ostatnio coraz trudniej znaleźć niewykwalifikowanych pracowników do prostych prac ziemnych. Na razie koszt przebadania 1 ara na terenach wiejskich to ok.
2 tys. zł. W mieście jest o wiele drożej.

Więcej w Rzeczpospolitej.

~ - autor: Wojciech Pastuszka w dniu 30.06.2008.

Odpowiedzi: 8 to “Miliony do wzięcia z historycznych wykopalisk”

  1. Hehe… a za tanią siłę roboczą będą jak zwykle robili studenci archeo :P hmm… ja jednak wole jechać na bezpłatne wykopy w mieście niż urabiać się z taczką i łopatą na autostradzie… :)
    Pozdrawiam

  2. @Rusek – nie opłaca się… W większości wypadków do pracy fizycznej lepiej zatrudnić “fizycznych”. Są zdecydowanie wydajniejsi niż większość studentów. Zresztą przynajmniej w Łodzi tendencja jest taka by studenci nie odrabiali wszystkich praktyk w badaniach “autostradowych”. Inna rzecz, że student ma miesiąc praktyk, a autostradę kopie się często 6 miesięcy w sezonie…
    Ceny muszą wzrosnąć. Rzepa zwraca uwagę na wzrastające koszty pracowników niewykwalifikowanych. To prawda – jak zaczynałem pracę w zawodzie byli tacy co w łódzkim płacili nawet 3.80 zł za godzinę. Teraz za 8 zł za godzinę czasami trudno znaleźć ludzi do pracy. Kosztują zresztą nie tylko ludzie. Dodatkowe analizy (trudno dzisiaj o wykopaliska bez dendro, czy innych analiz) czy nowoczesna dokumentacja to koszty. Niestety inwestorzy nie zawsze chcą płacić sumy adekwatne do kosztów. Czasami wygląda to tak, że archeolodzy biorą ile dają i robią byle jak. Nie wszyscy chcą jak wspominany tutaj Radek Herman inwestować w nowoczesny sprzęt do badań geofizycznych.

  3. @Gunther: możliwe, ale u mnie na przykład większość interesujących wykopów płatnych jest obstawiona przez ‘pupilków’. Reszcie zostają wykopy bezpłatne albo autostrady. A jak już się tam taka studencina trafi to zazwyczaj jednak nie jest traktowana lepiej niż taki ‘fizyczny’. Jak dla mnie zawsze kończyło się to sciąganiem warstw i lataniem z taczką. Może raz na jakiś czas trafił się jakiś obiekt ale i tak wszelkie prace poza kopaniem mnie omijały. Chyba, że to było takie wprowadzanie w temat, ale jakoś na mnie nie podziałało :)

  4. “ale u mnie na przykład większość interesujących wykopów płatnych jest obstawiona przez ‘pupilków’” – to widze, ze nic sie nie zmienilo odkad skonczylem studia, pamietam ze w naszym instytucie archeologii z calej naszej grupy zostal praktycznie jeden osobnik, ktory od pierwszego roku systematycznie “lizal” kadre. Nienawidzilismy go za to pamietam. :)

    @Gunther to o czym piszesz to zank naszych czasow niestety, pracowalem w Polsce, w Irlandii i Anglii i widze, ze oprocz pewnych roznic metodologicznych i placowych, podejscie do stanowisk archeologicznych jest podobne. Wszedzie rzadzi pieniadz niestety i z idealami w archeologii mozna sie pozegnac. Przyszlosc archeologii to wlasnie firmy archeologiczne i badania ratownicze, gdy nie ma za wiele czasu na badania, gdzie stoja nad toba inwestorzy ktorzy skapia funduszy, gdzie nikt z firmy archjelogicznej nie inwestuje przesadnie, robi wyszystko na pol gwizdka jak najtanszym kosztem, jak najszybciej. Wpajano nam na studiach jak powinny wygladac wykopaliska archeologiczne ale nijak sie to ma do rzeczywistosci. Pamietam jak kiedys mielismy 3 miesiace (to bylo w Irlandii, ok. 20 osob) na “przebadnaie” stanowiska, na ktorym znajdowalo sie wczesnochrzescijanskie cmentarzysko z ponad tysiacem jam grobowych, gdzie okolo 60%-70% to byly groby masowe, podejrzewano glod albo najazd, znalezlismy wiele kosci z niezagojonymi sladami ciec. To byly jedne z moich najciekawszych badan, a zarazem przyklad archeologii w najgorszym wydaniu. Szkielety wyjmowano z ziemi na ilosc, kazdego dnia. Nie wiem czy mozna by policzyc na palcach jednej reki szkielety, ktore nie zostaly uszkodzone przez archeologow, juz nie wspominajac o aspekcie moralnym, w obchodzeniu sie ze zmarlymi. Byle jak skatalogowane, narysowane, sfotografowane pakowano je pospiesznie do plastikowych workow, a jak skonczyly sie worki to do czego popadnie. Najjaskrawszy przyklad to szkieleciki nowo narodzonych dzieci w pudelkach po snikersach. W tych torbach i pudlach kosci lezaly luzem i podczas transportu jeepem po wertepach napewno doszlo do dalszych uszkodzen, tym bardziej ze stan zachowania kosci byl niezadobry, wiele z nich pekalo przy lekkim dotyku. Nie wiem jakim badaniom je poddano, kiedy i czy w ogole do dzis znaleziono na nie czas i fundusze, poniewaz zmagajac sie problemami finansowymi (firma), zmuszona jest do ustawicznego “wydobywania”, na zasadzie “latania dziury budzetowej”.

  5. Seba – to jeszcze nic. Znajomy, który wiele lat pracował w Austrii opowiadał mi o tym, co tam się dzieje. Tam są święte terminy, których nie wolno przekraczać. Jak przekroczysz, to inwestor wschodzi na stanowisko i rozpoczyna działania, nie patrząc na to czy skończyłeś swoje. Historia dotyczy awarskiego cmentarzyska: groby z wyposażeniem, pochówki wojowników, także z końmi. Człowiek, który prowadził prace był zbyt dokładny i zajmowało mu to więcej czasu niż zostało ustalone. Kiedy termin się skończył, on nadal miał do przebadania spory obszar. Pojawiły się koparki inwestora i rozpoczęły prace ziemne. Spora część stanowiska została zniszczona. W majestacie prawa.
    Na dobrą sprawę wszędzie jest tak samo. Rozwiązania prawne różnią się nieco, podobnie jak metodyka prac, ale efektem są ostatecznie źle przebadane lub zniszczone stanowiska. A może być jeszcze gorzej. Już pojawiają się pomysły, by np. eksplorować tylko połowę obiektów, żeby było szybciej. Studiując dokumentację z niektórych badań ratowniczych w Anglii wiem, że tam się to zdarza. W latach 60-70 kiedy archeologia inwestycji raczkowała normą było to, że nie badano całego obszaru stanowiska, a jego fragment. Tak było choćby ze zbiornikiem Jeziorko na Warcie. Wielkie osady i cmentarzyska przebadano wyrywkowo, a teraz leżą sobie pod wodą. Sądzę, że w tej kwestii kompromisy są potrzebne. Profesor Tabaczyński kilka lat badał w Zawichoście niewielki, reliktowo zachowany terakonchos – rzecz na “ratowniczych” byłaby rozkopana w półtora miesiąca najwyżej. Byleby jednak był czas i środki na w miarę przyzwoitą dokumentację i opracowanie wyników. Bo w tej chwili tony materiałów zalegają magazyny i nikt ich nie rusza.

  6. widać w archeologii taki sam syf, jak w ekspertyzach “ratunkowych” z zakresu biologii środowiskowej i ochrony przyrody: inwentaryzacje ornitologiczne, botaniczne czy entomologiczne terenów np. zagrożonych inwestycjami, ale również obowiązkowe plany ochrony rezerwatów przyrody. Kiedyś przyrodnicy narzekali na brak kasy, ale w miarę możliwości dziubali wszystko dokładnie, z myślą nie tylko o zrobieniu roboty dla zleceniodawcy, ale i o publikacji. Teraz są prywatne firmy (i dobrze, gdzieś się te tłumy absolwentów muszą zatrudnić, 0,05% z tego będzie pracować na uczelni), pierwszy raz w historii naprawdę poważna kasa tak od inwestorów jak i od administracji rządowej/samorządowej, możliwości techniczne iście kosmiczne – GIS-y, GPS-y, optyka, akustyka, cuda wianki i to nie za drogo – A JAKOŚĆ PRAC DRASTYCZNIE SPADA. Trzeba nabrać kupę zleceń, zgarnąć kasę, napisać raport tak, żeby był wygodny dla inwestora (zabytki można wykopać i przenieść, a znalezienie czegoś cennego żywego może skutkować niewydaniem decyzji przez urzędnika), byle jak, niechlujnie. Wiąże się to również z tym, że kiedyś badania przyrodnicze o charakterze inwentaryzacyjnym kiedyś robili “akademicy”, a dzisiaj nie traktuje się tego w ogóle jako nauki.

    Od nadmiaru kasy mogłoby się polepszyć i w archeologii i w biologii, a przyniosła ona głównie zgniliznę i rozkład ideałów. Szkoda…

  7. z drugiej strony, gdyby nie kopać i nie starac się “łapać” wszystkiego, a zamiast tego skupić sie na stanowiskach rzeczywiście wartościowych może byłoby wiecej czasu, srodków i zapału, żeby to co się ropbi robic porządnie. wychodzenie z założenia, że wszystkie stanowiska, wszystkie zabytki sa tak samo wartościowe prowadzi do tego, że bada się w takim samym tempie to co jest znane i powtarzalne jak to, co jest unikatowe. Wychodząc z definicji: jeśli pierwszowojenny złom wojskowy jest zabytkiem, któremu konserwator/muzeum powinni poświęcić tyle samo energii co wczesnosredniowiecznym zabytkom to siłą rzeczy jakość opieki nad zabytkami spada… byc może przedefiniowanie zabytków (np. przyjecie, że zabyki archeologiczne to obiekty średniowieczne i starsze plus unikatowe obiekty młodsze a reszta to po prostu starocie) pomogłoby skupic sie na rzeczach/obiektach rzeczywiscie wartościowych i pominąć powtarzalne, często masowo występujące obiekty o niewielkiej wartości poznawczej…

  8. @sceptyk
    Jakby człowiek wiedział co jest na stanowisku, to by kopać nie musiał. W zeszłym roku kopałem na takim byle jakim stanowisku – jakieś kiepsko zachowane jamki. Nic ciekawego. Ale wśród tych dziesiątków durnych jamek były dwie doskonale zachowane studnie i roszarnia. Jedna studnia dendrochronologicznie datowana na 1700 przed naszą erą – najstarsza w Polsce. Jak nie wykopiesz, to nie wiesz czy wartościowe.
    Czy w związku z tym w miastach inwestor może sobie ryć do woli, niszcząc nowożytne nawarstwienia? Badania w miastach pozwalają na rekonstrukcję układu urbanistycznego, kultury materialnej, kontaktów miasta w XVI – XVIII wieku. To są fascynujące rzeczy.
    Już tak było w latach 50.-60. XX w., że wszystko to co młodsze niż połowa XIII wieku wywalało się na hałdę. Masa danych historycznych została bezpowrotnie utracona.
    Ostatnia rzecz – archeologia to nie tylko “masowo występujące obiekty”. To struktury, stratygrafia, kontekst.

Dodaj komentarz